Thor – Marvel #4

Thor_Official_PosterKenneth Branagh, wreszcie!

Spodziewałem się po tym filmie najgorszego. Moi znajomi wspominali, że Thor nie wyróżnia się niczym szczególnym (i raczej polecali mi go ominąć, ale nie ze mną te numery) i że jest zupełnie…  zwyczajny. Chociaż, co prawda, obraz otrzymał mnóstwo pozytywnych recenzji, to do liczących się dla mnie krytyków jakoś nie przemówił (chociażby Roger Ebert dał filmowi 1,5/4).

Cóż, pozostaje mi jedynie bronić tego dzieła – Thor Kennetha Branagha to nie tylko (kolejny już) dowód na niezwykły talent i kunszt reżysera, ale także, sama w sobie, niezwykle przyjemna filmowa przejażdżka, całkiem inteligentna i emocjonująca, która siłą rzeczy nie ustrzegła się pewnych błędów.


Film różni się (wreszcie!) fabularnie od poprzednich Marvelów. Akcja przenosi się do Asgardu, czyli „kosmicznej” krainy bogów znanej niektórym z Mitologii Nordyckiej. Panujący tam stan rzeczy oraz  przypomina ustrój monarchiczny – mamy więc króla Odyna oraz jego synów, dziedziców. Poznajemy Thora – młodego (przynajmniej na takiego wygląda) następcę tronu, którego ceremonia koronacji przerwana zostaje w wyniku spiskowego i tajemniczego ataku „tych złych”. Thor próbuje się zemścić i, za sprawą spowodowanych przez niego konsekwencji, za karę zostaje zesłany przez Ojca na Ziemię.

Bez nerwów, żeńska część widowni też będzie z seansu zadowolona.

Film polecała mi moja dobra znajoma. Teraz już wiem dlaczego! :>

Powiem wprost i krótko: w scenariuszu Thora jest trochę niedoróbek, naciągnięć fabularnych, czy innych pierdół, większych lub mniejszych. Nie jest to co prawda poziom katastrofalny, bo historia, jako-tako, trzyma się jeszcze kupy i jest doskonale czytelna, ale jak dla mnie w pewnym momencie liczba sytuacji, w których skrypt poszedł drogą dość dziwną i karkołomną, jest ciut nazbyt duża. Do tego scenariusz gorzej od swoich poprzedników ze stajni MCU traktuje bohaterów drugoplanowych. Co prawda wątek Jane Foster jest jeszcze w porządku i bohaterka wzbudza sympatię widza, ale w ziemskich scenach sporo jest tzw. gadających głów, tj. postaci nie posiadających praktycznie żadnego charakteru. Na ich czele stoi Darcy, czyli jakaś koleżanka Jane, której jedynym zadaniem w filmie jest… komentowanie wyczynów innych bohaterów. Wow, w gruncie rzeczy jest to beznadziejna rola. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest tak, że wszystkie postacie w Thorze są takie słabe (większość jest naprawdę znamienita), ale te, które są słabe, naprawdę przyprawiają o facepalm.

No jesteśmy se tu no. I się śmiejemy. Jest ognisko, nocka, i w ogóle. Fajnie.

No jesteśmy se tu no. I się śmiejemy. Jest ognisko, nocka, i w ogóle. Fajnie.

Ale wiecie co? Jestem w stanie to zupełnie zaakceptować, bo film, w porównaniu ze swoimi poprzednikami, jest o wiele ambitniejszy, bardziej różnorodny i dał mi po prostu sporo więcej frajdy.  Przede wszystkim widać tu rękę reżysera, Kennetha Branagha, któremu to Szekspirowanie naprawdę wychodzi – zrealizowanie rozterek i napięć na dworze króla Odyna w takiej właśnie konwencji było świetnym pomysłem. Twórca ma do tego rękę i cały ten epizod wyszedł nad wyraz angażująco. No ale czego się spodziewać po człowieku, który zrealizował 4-godzinnego dobrego Hamleta?

Największą zaletą filmu jest jednak lekka ręka, dystans i podejście twórców do tematu. Po pierwsze, jest to niewiarygodna mieszanina konwencji – od wspomnianego dramatu zakrapianego Szekspirem, przez film akcji, po finał z destrukcyjnym robotem (chyba), który niebezpiecznie przypominał mi tego meka-kaiju Mogerę z The Mysterians… może to tylko ja, ale poziom campu, czy specyficznie fajnej „toporności” dizajnu owego rycerza plującego ogniem ze swojej twarzy (całej twarzy) jest zdecydowanie wysoki. Całość traktowana jest z przymrużeniem oka, co nie tylko nadaje wrażenie spójnej opowieści, jaką stanowi całość, ale pozwala też na kibicowanie bohaterom i zaangażowanie emocjonalne, choć przede wszystkim jest to kanwa cudnego humoru. Ja wiem, że nie jest górnolotny, ale jest suchy, dobrze napisany, a przez to strasznie zabawny, do tego występuje w dobrych ilościach, co nadaje jeszcze fajniejszego, subtelniejszego posmaku całości.

thor2

Pisałem o scenariuszu, który ma swoje potknięcia, jednak, jak w filmach o Tonym Starku, trzon historii pozostaje dobrze przedstawiony, i jest ona angażująca emocjonalnie. Przede wszystkim sama postać Thora oraz jej przemiana wewnętrzna robią dobre wrażenie. Z początku bardzo go nie lubiłem, jednak z czasem mogłem zobaczyć, że w środku, pod tą maską dumy i skrajnej pewności siebie, kryje się człowiek godny sympatii. Z czasem trwania filmu wyzbywa się on też, z grubsza, swoich negatywnych cech (inaczej: uczy się jak zostać królem, eheheheh) i pod koniec jest już bohaterem godnym kibicowania. Przemiana ta przebiega bardzo naturalnie i subtelnie, więc nic tylko chwalić, klaskać i w ogóle fanfary. Dodatkowo Chris Hermsworth gra go zjawiskowo dobrze.

Ważnym etapem, jeśli chodzi o ogół MCU, jest stworzenie postaci Lokiego – demonicznego i manipulatywnego brata Thora, który przecież będzie głównym przeciwnikiem naszej szałowej grupy w The Avengers. Jak w poprzednich dziełach, poziom villainów był raczej mocno słaby i stanowił często największą słabość danej produkcji, to tu ciężko mi na antagonistę narzekać. Loki jest postacią, której działania ciężko przewidzieć, jest piekielnie inteligentnym intrygantem z głęboką historią w tle. Została ona przedstawiona w taki sposób, że rozumiemy motywacje  antybohatera, więc nawet jeśli to on jest tym-złym, to widzimy jego punkt widzenia, potrafimy mu współczuć. Po prostu jest to postać nie tak schematyczna i czarno-biała, jak te z poprzedników, został dodatkowo fantastycznie sportretowany przez idealnie zimnego i stonowanego Toma Hiddlestona (no ale ta rola przeszła już do historii i kanonu Tumblr’a).

Thor Thorem, ale Loki to świetny villain. Chociaż po tym konkretnym filmie ciężko mi zrozumieć ten cały hajp, no ale jeszcze trochę przede mną.

Thor Thorem, ale Loki to świetny villain. Chociaż po tym konkretnym filmie ciężko mi zrozumieć ten cały hajp, no ale jeszcze trochę przede mną.

To także pierwsza z adaptacji filmowych Marvela dziejąca się w świecie innym niż Ziemia, czyli, przypominając, w Asgardzie. To dawało twórcom znakomite pole do popisu i zdecydowanie je wykorzystali. Kraina wisząca w pustej przestrzeni kosmosu prezentuje się niesamowicie wizualnie (trochę jak podrasowane i nowoczesne Rivendell z Władcy Pierścieni) i jest to wszystko pełne tych mitycznych subtelności owego świata, znacznie ubarwiających klimat. Dodatkowo Thor jest, ponownie, niesamowitym dowodem na jakość rzemiosła Branagha – człowiek potrafi jednocześnie nakręcić wyborne adaptacje Szekspirowskich dramatów, Disneyowską baśń oraz wielkie, kosmiczne widowisko fantasy, przy czym każdy film prezentuje się idealnie. W tym konkretnym dziele jest parę dziwnych ujęć, jednak szybko idzie się przyzwyczaić. Efekty specjalne wyglądają bardzo dobrze, a całość scen akcji została nagrana w sposób pozwalający nam zobaczyć, co się dzieje na ekranie.

Podsumowując, Thor dzieli podobne wady do reszty filmów Marvela (głównie scenariuszowych), jednak daje mnóstwo zabawy. Jest to znakomita zabawa różnymi konwencjami która wciąga, bawi, a nawet emocjonuje. Z resztą jak na razie jest to chyba mój ulubiony film z MCU. Może to element zaskoczenia spowodowany różnymi zasłyszanymi przeze mnie opiniami? Możliwe, grunt, że Thor się broni.

Ocena: 7/10

Reklamy

2 comments

  1. Przemiana Thora zaszła moim zdaniem za szybko. Niestety, przydałby się jeszcze jeden film, pokazujący tę jego młodzieńczą butę, brawurę, etc. Takie czyste fantasy – Thor sobie gdzieś leci, kogoś zatłucze i takie tam. I dopiero potem jego zesłanie na Ziemię i transformacja z superbuca w superbohatera.
    No ale na to nie było – i teraz też nie ma – czasu. Polecam animację „Thor: Opowieści Asgardu”, która wypełnia tę lukę, choć rzecz jasna nie jest częścią MCU, ale daje nieco szerszy obraz sytuacji.

    https://omnesetnihilo.wordpress.com/2013/04/03/o-tym-dlaczego-animowany-thor-jest-lepszy-od-aktorskiego/

    Polubienie

    1. Może trochę szybko, ale jak dla mnie pokazano ją dość wystarczająco. Zwyczajnie, gdy Thorowi zabrakło jego młota i innych mocy stracił tą całą dumę. Żeby odzyskać swój ekwipunek i „magię” musiał zaakceptować wyrok ojca, zobaczyć swoje wady i błędy. Powoli mu to szło, ale dzięki temu zauroczeniu z Jane (bo ja jak na razie wielkim romansem jeszcze tego nie mogę nazwać) i swoim przyjaciołom stanął na wysokości zadania i sprostał.

      Dzięki za polecenie animacji, spróbuję ją zobaczyć ;). Wiesz, w Marvelu swego czasu wszyscy pędzili, i z takiego czysto ekonomicznego punktu widzenia rozumiem dlaczego Thor dostał jeden film, przecież nie był to jakiś zbyt znany superbohater. Dobrze, że pozwolili mu w tym filmie chociaż trochę zabłyszczeć.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s