Incredible Hulk – romantyczność zielonego potwora.

7193755.3Podchodziłem do tego filmu z ogromną rezerwą i dystansem, ciągle nie mogąc się zebrać do seansu. Samą postacią Hulka nie interesowałem się szczególnie, dodatkowo dzieło zebrało naprawdę sporo negatywnych opinii. Piszę to, gdyż pomimo, że obraz do końca udany nie jest, ma w sobie parę interesujących pomysłów i rozwiązań, które bardzo przypadły mi do gustu.

Dla niewtajemniczonych: jest to kolejna, druga już produkcja należąca do Marvel Cinematic Universe. Wydaje się być zarazem, pod względem budowy, bardzo podobna do Iron Mana (bo atmosfera i konwencja są raczej różne). Ponownie – dzieło spoczywa praktycznie wyłącznie na barkach swojego głównego bohatera, Bruce’a Bannera. Znajduje się on jednak w zupełnie odwrotnej sytuacji – jest zbiegiem, próbującym uniknąć złapania przez amerykańską armię. Swego czasu padł ofiarą prowadzonego przez siebie eksperymentu biologicznego, w efekcie którego, podczas bardziej stresujących sytuacji, zamienia się w wielkiego, kierującego się instynktem rozpierduchy zielonego potwora, krzyczącego ze wściekłością HULK SMASH! Zdarza się przecież każdemu, prawda?

No, ale żarty na bok, bo tu nie można się śmiać przecież. Przynajmniej film tak sądzi, kierując się dość dziwną mieszaniną konwencji. Z jednej strony Incredible Hulk to taki klasyczny, groteskowy monster-movie, żywcem wyjęty z lat 50. Bo czego my tu nie mamy! Są tajne eksperymenty biologiczne (z promieniowaniem, przypominam!), jest Hulk niszczący miasto, no i zupełnie płaski villain.

Hulk

wraaaarghasfpiubasdpgij

Z drugiej jednak strony… Incredible Hulk to film romantyczny! I ja nie mówię tutaj po prostu o romansie (tutaj oczywiście obecnym), to jest film wyjęty z epoki! Potwór jest tu niezrozumianą postacią tragiczną, którego tragedię pojmuje jedynie dziewczyna bohatera. Sam Bruce… taki wychudzony, jakby wygłodniały. Bez przerwy z nieobecnym wyrazem twarzy, jakby wiersz miał zaraz napisać, a zbawienia szuka wśród prawdziwych mistrzów spirytyzmu, jakim są nauczyciele brazylijskich sztuk walki. Jest nawet miłość jego serca, kompanka duszy. I jak zwykle, jest zupełnie bez wyrazu! No normalnie zdejmujcie swe szkiełka i oka, #noniemoge.

Tak na serio (w tej recenzji powtarzam to już drugi raz), to jest to całkiem interesujący pomysł, zdecydowanie windujący samo monstrum, jakim jest Hulk. Widać tu porównania do tragizmu King Konga, jak i potwora Frankensteina. Nie sądzę jednak, żeby zostało to wystarczająco rozwinięte, zamykając tym samym wrzeszczącego Hulka w formie nieskalanego, filmowego eskapizmu. Chyba twórcy widzieli wersję Anga Lee.

Smacznego, moje małe myszki.

Smacznego, moje małe myszki.

Po takim interesującym wprowadzeniu oraz obiecującym pierwszym akcie, pozostaje raczej jedynie ta warstwa akcyjna. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie została napisana zupełnie bez żadnego polotu, niszcząc wielką techniczną maestrię. Film wygląda bowiem wspaniale – nie dość, że sama rozwałka została nakręcona statycznymi ujęciami oraz przyprawiona dynamicznym montażem, to jeszcze reżyser nadaje filmowi własny styl wizualny i pozwala klimatycznie sfilmować południowoamerykańskie slumsy.

Well, that's like... Edward Norton, man.

Well, that’s like… Edward Norton, man.

Problem w tym, że oprócz bohatera Edwarda Nortona, z którym akurat nie mam większych problemów, reszta wydaje się być potwornie drażniąca i nieinteresująca. Najbardziej zmęczyła mnie bohaterka Liv Tyler. Nie poznajemy jej, tak naprawdę, z żadnej innej perspektywy niż bycia  kochanką głównego bohatera. Buja się w nim, kocha go – jest to jej najbardziej wyrazista cecha. Wątek ten jest napisany w sposób absolutnie nie wyjaśniający relacji naszych bohaterów, przez co staje się zupełnie standardowy i nieinteresujący. Do tego Tyler gra ją w jakiś okropny, przesadny sposób, jeszcze bardziej widza wkurzając. Nie sądzę jednak, by to było szczególnie jej „zasługą”, bo wina leży na poziomie skryptu.

Bohaterka w ogóle wytwarza wokół siebie jakąś specyficzną, nieinteresującą aurę, która sprawia, że wątek jej relacji z ojcem też jest zupełnie błahy, i ciężko się weń zaangażować. Został on sprostowany w niewielu słowach i spojrzeniach, których akurat potrzeba było więcej.

Aj tam, goń się, ty Ukneku ty. Wrr grrr.

Aj tam, goń się, ty Ukneku ty. Wrr grrr.

Także Incredible Hulk mogę nazwać chyba niewykorzystanym potencjałem. Widać, że jakiś pomysł był – jest tu pewna zabawa konwencją, gatunkiem, a postać Edwarda Nortona potrafi, z początku, naprawdę zaangażować. Film napisany jest jednak gorzej niż Iron Man i, jak tam, dzieło potrafili uratować jeszcze ciekawi i dobrze zagrani bohaterowie, to Bannerowi brakuje tak wielkiej charyzmy, która byłaby potrzebna, jeśli chciałoby się załatać tę lukę. No i jego wątek oraz wiele innych traktowane są przez scenarzystów nieco po macoszemu, zamykając wszystko w granicach rozsądnej, filmowej rozrywki. Szkoda, bo była szansa na o wiele więcej.

Ocena: 5+/10

Reklamy

4 comments

  1. Trzeba było zrobić sobie maraton i machnąć jeden tekst o wszystkim. 😛
    Ja tak zrobiłem z pierwszą fazą, zaliczając wszystkie wchodzące w jej skład produkcje tuż przed premierą „Iron Mana 3”.

    „Incredible Hulk” wypada słabiutko, nawet w porównaniu z pierwszym „Thorem” lub „Iron Manem 2”. No i poboczne postacie z tej produkcji chyba gdzieś zaginęły w czasoprzestrzeni, bo wydaje mi się, że nie zostały nigdzie później choćby wspomniane.
    Nie dziwię się, że Marvel nie decyduje się na razie na kolejny solowy film Hulka, skoro ostatnie dwa o nim raczej nie były hitami. A szkoda, bo liczę na coś w stylu „World War Hulk”. Pewnie nawet dałoby się wymyślić coś, by móc pominąć „Planet Hulk”. No ale do tego potrzeba nieco innego Hulka i ekranowego odpowiednika ekipy Illuminati. Może kiedyś.

    Zapraszam do mnie po porcję najróżniejszych tekstów o MCU. 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Widziałem, bardzo konkretny wpis. I ogólnie świetny blog, jeśli mogę sobie pozwolić ;).

      A nie sądzisz, że Hulk w wykonaniu Marka Ruffalo byłby wystarczający do solowego filmu?

      Polubienie

      1. Jak najbardziej możesz. Dziękuję. 😉

        Ale co w takim filmie? Próbowali już na dwa różne sposoby i raz wyszło kaszaniaście, a raz średnio. P. Ruffalo jest spoczko i wgl, ale o czym można by zrobić ten film? W takim przypadku albo idziemy w ściganie przez wojsko, albo wewnętrzne rozdarcie i próbę pozbycia się mocy, no a tak jakby oba motywy zostały już przerobione.
        Jeśli byliby w stanie wymyślić coś innego, to chętnie to obejrzę, ale moim zdaniem WWH miałaby więcej sensu.

        Polubienie

  2. Po pierwszym obejrzeniu uznałem, że film zaweirał wszystko, co Hulkowi potrzeba, z kilkoma fajnymi elementami i nawiązaniami. Z drugiej strony cała reszta jakoś się specjalnie nie wyróżniała. Hulk to w sumie dobry materiał na historię z nutą tragizmu, ale faktycznie nie do końca rozwinięto potencjał.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s