Elizjum, czyli „chcę mieszkać na stacji kosmicznej!”

elysiumNiewielu reżyserów zawojowało ostatnimi czasy kinem gatunkowym w równym stopniu co Neil Blomkamp. Jego debiut, Dystrykt 9, osiągnął wielki sukces, zarówno kasowy, jak i artystyczny. To, co moim zdaniem zadecydowało o sukcesie owego filmu, to była niezwykła stylistka oraz pasja, z jaką reżyser opowiada historię. Jej metaforyka oraz samo przesłanie nie jest bowiem czymś, czego wcześniej nie widzieliśmy, lecz zostało to na tyle oryginalnie zrealizowane, że dziś obraz osiągnął status praktycznie kultowego. Nazwisko twórcy stało się więc rozpoznawalne na całym świecie, a on sam miał zapewnione miejsce na przysłowiowym hollywoodzkim stołku.

Oczekiwania co do Elizjum były więc ogromne. I nie tylko dlatego, że film wsparto budżetem 4-krotnie większym niż poprzedni obraz Blomkampa, ale też ze względu na długi czas przygotowywania (4-letni, by być dokładnym).

Po seansie można stwierdzić, że w głowie samego Neila niewiele się zmieniło, można by powiedzieć, że praktycznie w ogóle nic. Obraz jest wręcz bliźniaczo podobny, jeśli chodzi o stylistykę, do Dystryktu. Owszem, zmieniła się lokacja: zamiast brudnych wizerunków Johanessburga, mierzymy się tu z Los Angeles – jednak wszystko pozostaje, wizualnie, takie samo. Zmiana ta jest ciekawie uargumentowana, bowiem dzięki znajomości fabuły, nie tylko pozwala na pewien polityczny komentarz, lecz także wizja owego miasta w przyszłości, dla nas znajomego, dzisiaj nowoczesnego, wydaje się być dość przerażająca.

Ale chwila, chwila… o co w ogóle w Elizjum chodzi?

Jaram się tym.

Jaram się tym.

Jeśli zrozumieliście moje nawiązania do Dystryktu, to połapiecie się, że życie w ówczesnym Los Angeles nie wygląda kolorowo. Wszyscy mieszkają w slumsach, otoczeni bezprawiem, bez środków do życia – takich jak pożywienie i więcej niż podstawowa obsługa medyczna. Dla naszego głównego bohatera, granego przez Matta Damona, staje się ona niezwykle potrzebna po wypadku w fabryce, śmiertelnym w swoich skutkach.

Jedyna nadzieja tkwi w tytułowym Elizjum, czyli wielkiej kosmicznej stacji dla arystokracji (badum-tsss). Swego czasu bowiem, gdy Ziemia osiągnęła status przeludnionej i niewydającej plonów (sounds like Interstellar), najbogatsi ludzie świata wynieśli się z niej i zbudowali sobie swoją małą arkadyjską przestrzeń. Zaczyna się więc intensywny wyścig z czasem o życie naszego protagonisty, Maxa.

Walnę prosto z mostu: Elizjum to niesamowite widowisko. Blomkamp zdecydowanie wie, jak język filmu działa w przestrzeni kosmicznej. Tytułowa stacja jest nie tylko bardzo ciekawym pomysłem – pomimo iż znów takie utopijno-dystopijne motywy były już wałkowane wiele razy – także jej wygląd zapiera dech w piersiach. Pozostaje ona w duchu futurystycznego trendu, jednocześnie zgrabnie nawiązując do ducha klasyki (widać tu 2001, oj widać). Neil nagrywa ją z tak wielkim pietyzmem (używa wielu kadrów kontrastujących obiekt z planetą, co mi się szczególnie podoba), że na jej widok za każdym razem szczęka opadała mi na podłogę.

elysium-2

Estetyka stacji ciekawie także kontrastuje z ziemskimi slumsami, sprawiając, że każde miejsce ma zupełnie inną, na swój sposób gęstą atmosferę. Los Angeles to brudna do granic możliwości, obrzydliwa wręcz dziura (mało powiedziane), a Elizjum to niesamowity raj, chciałoby się powiedzieć, spod znaku Wachowskich, jakich znamy z Jupiter: Intronizacji.

Film jest także naprawdę dobrze wyreżyserowany. Powtarzając, Blomkamp wie, jak-kręcić-kosmos (how-to-shoot-space – powinienem wydać coś takiego), co jest, wbrew pozorom, trudnym zadaniem. Trzeba bowiem mieć jakieś pojęcie o działaniu ciszy w filmach, czego wiele nowoczesnych reżyserów blockbusterów nie potrafi. Neil w odpowiednich momentach kontrastuje hałas z nagłym stonowaniem, używa wielu różnych ujęć, co tworzy pewną nieważką aurę, jednak cały czas coś widzimy i możemy śledzić akcję.

O niej samej można powiedzieć jednak różne rzeczy. Jako dzieło od strony technicznej – to absolutne mistrzostwo i naprawdę ciężko cokolwiek mu zarzucić, to jednakże ze scenariuszem można mieć więcej problemów. Skrypt w Dystrykcie 9 był prosty, aczkolwiek bardzo dopracowany. Rozumieliśmy protagonistę, co pozwalało nam, pomimo jego, za przeproszeniem, dupkowatości, w pewien sposób się z nim utożsamić i jemu kibicować.

Mwrahahahaha, ale ja jestem płaską postacią.

Mwrahahahaha, ale ja jestem płaską postacią.

Elizjum jest blisko, prawie się to udaje. Fabuła jest momentami naprawdę angażująca, jednak występuje tu wiele uproszczeń, które psują ogólny wizerunek całości. W pewnym momencie scenariusz nie oferował pomysłu, jak ustatkować akcję, więc zmusza swojego protagonistę do nieumotywowanego popełniania głupoty. Sprawia to, że wychodzi na kompletną niezdarę i fajtłapę, a ów moment przyprawił mnie wręcz o klasyczny facepalm, a był to niestety moment kluczowy. Poza tym postać Maxa nie jest zbyt interesująca. Zwykle lubię takich zdystansowanych bohaterów, w których trzeba głębiej zajrzeć. No ale właśnie, głębiej zajrzeć. Gdzie to głębiej? Poznajemy spory kawałek historii postaci Damona, jednak często nie mogłem się z nią utożsamić (na szczęście podczas końcówki – mogłem, co jest zasługą tej udanej części skryptu), a sam typ postaci, a w konsekwencji sposób grania Damona, nie sprzyjał takiemu obrotowi wydarzeń. Problem ten jest widoczny jeszcze w przypadku kilku innych bohaterów.

Na szczęście fabuła Elizjum nie jest jeszcze do końca tragiczna. Kilka postaci sprawia wrażenie naprawdę interesujących, w konsekwencji angażujących, chociażby Frey (grana przez Alice Braga), która nie pojawia się może w wielu scenach, jednak pozostaje ważnym elementem filmu. Wrażenie robi też aktorstwo. Matt Damon co prawda nie miał okazji bardziej zaistnieć, jednak w tych wymagających scenach radzi sobie bez problemu. Nieźle radzi sobie Jodie Foster, która ma prawie jednostronną rolę, jednak z bitwy wychodzi w zadowalający sposób. Największym atutem obsady jest natomiast Sharlto Copley. Fani Blomkampa kojarzą go pewnie z głównej roli w Dystrykcie 9 oraz tytułowej w tegorocznym Chappiem. To, co robi w tym filmie, to absolutne mistrzostwo świata – wywołuje terror oraz perfekcyjnie oddaje swoją postać.

F3_05_elysium

Chcę mieszkać na stacji kosmicznej. Wspominałem już o tym?

Elizjum był ambitnym projektem, w którym wiele rzeczy się udało. Te wszystkie mankamenty jednak sprawiły, że nie był to do końca idealny seans. Całość ogląda się dobrze dzięki artystycznemu zacięciu reżysera i ogólnej wizji, jednak środek filmu, pod względem zaangażowania widza, pozostawia w moim odczuciu sporo do życzenia. Ustosunkował się do tego sam Blomkamp, udzielając niedawno wywiadu, w którym przyznał się do tego, że Elizjum nie wyszło mu do końca w sposób, jaki sobie wyobrażał (dajże link). Bardzo podziwiam jego szczerość, jednak mam nadzieję, że nie będzie tak za kilka lat mówił o Chappiem. Albo, co gorsza, o Obcym 5.

Wciąż warto obejrzeć.

Ocena: 6+/10

Reklamy

5 comments

  1. Chyba zapomniałeś link do wypowiedzi Blomkampa wkleić. 😉

    Nie widziałem żadnego z jego filmów i najprawdopodobniej zaliczę tylko seans „Chappie’ego”. I tak wszyscy piszą, że każda z tych produkcji jest o tym samym.
    Masz takie odczucie?

    Polubienie

    1. Ups, faktycznie, będę musiał to poprawić 😀
      Nie sądzę. Dystrykt 9 i Elizjum można jeszcze jakoś ze sobą powiązać (choć i tak są od siebie dość odległe tematycznie), ale w takim Chappiem np. nie skupiamy się ani trochę na walce z systemem 😉

      Polubienie

      1. „Dystrykt 9”, „Elizjum” i „Chappie” mają bardzo wiele wspólnego. Brudny świat na Ziemi wygląda zawsze bardzo podobnie, przypomina wręcz klimaty postapokaliptyczne, choć w rzeczywistości to odbicie miejsca, w którym Blompkamp się wychowywał. Jego filmy bardzo silnie trzymają się schematu – bohater, dość niepozorny i niekoniecznie dobry, który wyrasta na herosa. Zły umysł „stojący za wszystkim” i silny sub-boss – z każdym z nich musi odbyć się efektowna walka, zawsze przy udziale silnego wsparcia technologicznego (taki fetysz „mecha”).
        Także moim zdaniem Blompkamp kręci wciąż to samo. Ale przecież podobnie robi Woody Allen od lat (z drobnymi wyjątkami) i nie tylko uchodzi mu to płazem, ale wręcz ma pełne prawo się podobać.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Jeśli chodzi o środowisko, w którym wychował się Blomkamp, to tak, na ten aspekt twórczości zwróciłem w sumie dużo uwagi. Nadal jest to naprawdę interesującym aspektem jego filmów, zastanawia mnie więc, czy będzie wplątywał pewne „autobiograficzne” elementy do swoich opowieści w przyszłości.
        Ciekawi mnie, czy widziałeś juz może „Chappiego”? Co o nim sadzisz?

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s