Filmowe Zaległości – luty 2015

Układ dzisiejszego wpisu różni się nieco od tego znanego z poprzednich moich tekstów z cyklu. Powód jest bardzo prosty – w tym miesiącu widziałem po prostu „łolabogą” (czyt. bardzo dużo) liczbę filmów, w tym wiele wartościowych, o których chciałbym napisać chociażby kilka zdań. Dlatego właśnie w pierwszej części tekstu znajdziecie standardowe już dla mojej małej antologii (hehe) akapitowe podsumowania seansów, w drugiej części natomiast umieszczę kilka obrazów, o których, z jakiegoś powodu, chciałbym napisać trochę mniej. Nie przedłużając – zaczynajmy!

safety-not-guaranteed-poster1Na Własne Ryzyko

Debiutancki film Colina Trevorrova chciałem zobaczyć głównie ze względu na Jurassic World – to znaczy zaznajomić się z dotychczasową twórczością reżysera oraz wywnioskować, co sprowokowało producentów do powierzenia mu tak ważnego projektu. Tuż po seansie byłem przekonany o bezsensowności tej decyzji, jednak z czasem zaczynam dostrzegać wiele motywów (i gatunków!), jakie zmiksował ze sobą artysta. Z początku jest to najzwyklejsza komedia romantyczna. Poznajemy dość archetypiczne (aczkolwiek bardzo przyjemne) postaci udające się na swoiste wakacje, pod pretekstem stworzenia artykułu o pewnym, wydawałoby się absurdalnym, ogłoszeniu w gazecie, opowiadającym o naborze uczestników na podróż w czasie. Podobało mi się przede wszystkim, jak z czasem warstwa sci-fi dzieła wychodzi coraz śmielej na pierwszy plan, a reżyser bawi się oczekiwaniami widza. Z początku nie miałem w ogóle wiary w cel Kennetha Callowaya, lecz gatunkowo-barwne tło dało dobry pretekst temu nieźle napisanemu skryptowi na zawiązanie relacji pomiędzy bohaterami. W konsekwencji poznajemy go bardziej, a wtedy naprawdę zaczynamy wierzyć w niemożliwe. Nie chcę tu za bardzo zdradzać fabuły, lecz powiem, że jak na debiut, film sam w sobie jest wytrawny i oryginalny – to inteligentne gatunkowe spoiwo, którego pierwszy plan zajmuje przede wszystkim uroczy, wykreowany świat, w który aż chce się być wchłoniętym, dodatkowo urozmaicany przez coraz większą szczyptę przygody. I może właśnie ona, wyraźnie inspirowana filmami Spielberga, dała Trevorrowi przepustkę do reżyserii czwartej części Parku Jurajskiego? Nie będziemy tego wiedzieć, dopóki nie zobaczymy gotowego dzieła, ale po seansie jego debiutu jestem oń wyraźnie spokojniejszy,

Ocena: 7+/10

yr0ca01_kd3djdKlan Sycylijczyków

Nie sądzę, by film Henri Vernuila spodobał się każdemu. Jest to dość staro-szkolny przedstawiciel dzieła gangsterskiego, ale sam w sobie ma kilka ciekawych rzeczy do zaoferowania. Obraz posiada specyficzne tempo, nad wyraz monotonne, wydawałoby się, że melancholijne. Gdy już jednak widz wczuje się w ten rytm, to prędkość opowiadania wydaje się być największą zaletą dzieła. Nie dość, że reżyser solidnie stopniuje napięcie, to jeszcze często widzimy i obserwujemy pracę gangsterów z niezwykłą dokładnością, a końcowego rozwiązania akcji trudno się doczekać, co mnie ani trochę nie irytowało, jedynie zagęszczało atmosferę. W zasadzie to ciężko mi Klanowi Sycylijczyków zarzucić jakiś poważniejszy problem – wszystko zostało bowiem idealnie zrealizowane. Każda, nawet najmniejsza rola aktorska została napisana oraz zagrana zjawiskowo naturalnie. Jak już mówiłem, reżyser trzyma bardzo dobre tempo, a równie wysoki poziom prezentują inne aspekty techniczne – szczególnie idealne zdjęcia oraz legendarna już muzyka Ennio Morricone, która sama w sobie stała się pewnym wyznacznikiem jakości (myślicie, że jak inaczej natrafiłbym na ten film?). Le Clan des Siciliens jest co prawda dość specyficznym filmem, jednak rytm historii wciąga, a warstwa techniczna jest perfekcyjnie dopieszczona.

Ocena: 8/10 

il_fullxfull.403553925_9kt0Słończyli poradnik jak oglądać ten film

Czuję ból. Ja nie wiedziałem nic o tym filmie. Nie miałem pojęcia, jak skończy się ta historia. Apeluję do Was: jeśli pierwszy raz słyszycie o tym dziele, to broń Boże, nie czytajcie żadnych opisów fabuły. Zdobądźcie ten obraz i jak najszybciej odpalcie. Niech Was nie zwiedzie wolne tempo – dajcie się porwać. Przyzwyczajcie się do bohaterów, zżyjcie się z nimi. Poznajemy ich wszystkich, zdawałoby się, wręcz namiastkowo, jednak wbrew pozorom Gus Van Sant pozwala widzowi na stworzenie jakiejś niesamowitej więzi pomiędzy postaciami. Spędzamy z każdym z nich dużo czasu, obserwując ich nawyki, wychwytując cechy ich osobowości. Zagrywki narracyjne reżysera pozwalają wczuć się w szkolną rutynę idealnie, a dzięki dość skąpym dialogom, gestom, czy właśnie brawurowej reżyserii stajemy się nieodłączną częścią owej społeczności. Kiedy już jednak przez połowę seansu co kilka minut będziesz zadawał pytanie: „no fajnie, fajnie, ale co ja tu robię tak naprawdę?” – wtedy Van Sant sięga po prawdziwe sedno tej historii. Zwrotem akcji uderza niespodziewanie, nagle, bezpośrednio. Przy nieświadomym podejściu owa opowieść uderza najbardziej, a po zakończeniu filmu musiałem przez kilka godzin się zbierać, w końcu odświeżyć i odetchnąć. Nic nie wiedziałem o tym filmie i jestem szczęśliwy, że tak się stało, bo wtedy robi on na widzu największe wrażenie, którego jeszcze długo się nie zapomni.

Ocena: 9/10

mary_shelleys_frankenstein_ver2Mery Shelley’s Frankenstein

Największą zaletą Kennetha Branagha, jako reżysera, jest niezwykle wyklarowany styl i wizja artystyczna. Specjalizujący się w dziełach z pogranicza Szekspirowskiego dramatu (lub w samych Szekspirowskich dramatach) Brytyjczyk często adaptował klasyczne skarby literatury, najczęściej bardzo umiejętnie. To on w końcu stworzył jedyny obraz, na którym wytrzymałem spokojnie 4 godziny Hamleta. Jego wersję Frankensteina chciałem zobaczyć wiele razy – jestem bowiem fanem oryginalnej powieści autorstwa Mary Shelley (co ciekawe, tytuł filmu wyraźnie zaznacza jej wkład w całą historię), jak i wielu jej adaptacji, zaczynając od klasyka z Borisem Karloffem, a kończąc na kultowym obrazie Ishiro Hondy, w którym monstrum zostaje powiększone do absurdalnych rozmiarów. Wszystkie te wersje były interesujące same w sobie, jednak mocno odbiegały od literackiego pierwowzoru. Frankenstein Branagha zaś idealnie oddaje esencję książki. Jest to głównie zasługa charakterystycznego, artystycznego zacięcia reżysera – scenografie wyglądają piorunująco, a dzieło posiada własną, konsekwentną, dramatyczną oraz nieco groteskową stylistykę, wręcz oszałamiając widza gotyckim klimatem. Nie miałem również problemu z właściwą historią, bo nie dość, że na motywy oraz przesłanie historii poświęcono odpowiednią ilość czasu, to główny bohater (zagrany zresztą przez samego Branagha), jak i monstrum w wykonaniu Roberta De Niro zostali napisani i wykonani po prostu zjawiskowo. Czujemy stopniowe zatracenie Wiktora, a monstrum odpowiednio współczujemy. Do wad można zaliczyć na pewno to, że dzieło wydaje się być znacznie przycięte. Przeszkadzało mi to zwłaszcza z początku, bo przechodząc prędko w narracji z jednego okresu do drugiego, ciężko było mi się zaangażować w jakąkolwiek scenę. Wydaje mi się, że Branagh powinien po prostu wydać swego rodzaju wersję reżyserską, w której nie musiałby się przejmować ograniczeniami czasu trwania (a może już to zrobił?). Niemniej jednak jego wersja Frankensteina jest godna polecenia.

Ocena: 7/10 

Taa. Nie chciałem się wcale rozpisać…

Czyli wyszło jak zwykle, hehs.

Gwiazd Naszych Wina

Film Josha Boone’a stara się jednocześnie podejść do tematu z pewnym dystansem oraz okiełznać swój ckliwy patos. Z pierwszego zadania wychodzi całkiem przyzwoicie, używając głównie humoru. Problem w tym, że dzieło pełne jest bardzo typowych dla romansów (szczególnie tych teen) klisz i po prostu niekulturalnych szantaży emocjonalnych, które zamiast wylewać z moich oczu strumienie łez, bardziej zraniły mi nadgarstek, zwichnięty już od tych nadmiernych seansowych facepalmów spowodowanych zwyczajnym… zażenowaniem. Chociaż jest ładnie nakręcony, to nieumiejętnie walczył o moje emocje. 5+/10.

Rzym

Niezła zmiana klimatu, co nie? I to na lepsze! Po seansie tego filmu ktoś powiedział, że nie jest on o Rzymie, to dzieło to jest Rzym. Brzmi to dość sztampowo, ale ciężko mi się nie zgodzić. Czepiając się (prawie dosłownie) ekipy filmowej (w której występuje sam Fellini!) chcącej stworzyć film o mieście, dzieło ukazuje tytułową Romę z wielu różnych perspektyw – zarówno przestrzeni, jak i czasu. Prawdopodobnie ktoś już kiedyś napisał o tym filmie niejedną pracę magisterską dot. symboliki w nim zawartej, a jako iż ja mam do dyspozycji jeden akapit, to wspomnę tylko, że dzieło Felliniego wprost emanuje Rzymem, pochłania swoją gęstą atmosferą. Miasto jest tak naprawdę głównym bohaterem – widzimy wiele miejsc różnych od siebie klimatem, od zapyziałego, miejskiego teatru, po nowoodkryte zabytki architektury. Jest to niesamowite dzieło o przemijaniu, ale dla mnie wyróżnia się głównie atmosferą – podczas seansu aż poczułem sos boloński (on jest niby z Bolonii, ale co tam!). Serio. Czy może być lepsza rekomendacja, jeśli chodzi o film o Rzymie? 8+/10

…tu się rozpisałem aż nadto, więc teraz szybciuteńko:

Jabłka Adama

Ta duńsko-niemiecka komedia jest niezwykle bezpośrednia, ale przy tym również barwna i gorzka. Z czasem, gdy poznajemy coraz głębiej historię Ivana, można by odnieść wrażenie niezwykłego smutku i współczucia wobec tej postaci. I rzeczywiście, tak jest – przykryte warstwą niezwykle zabawnego, absurdalnego humoru, jaki lubię najbardziej. Jest to co prawda czarna komedia – w swojej wymowie dość ciężka, jednak niezmiennie pozostaje magiczna. 8/10

Ida

Po tych wszystkich zachwytach, jak i kontrowersjach, autentycznie nie spodziewałem się niczego specjalnego po filmie Pawła Pawlikowskiego. Nie wiedziałem jak ugryźć Idę i zwyczajnie przytłoczony byłem ciągłymi dyskusjami na temat antypolskości filmu. Po seansie pozostaje mi jedynie wykrzyknąć: really?! Zawiodłem się strasznie, gdyż zamiast kontrowersyjnej historii o nieśmiertelnej wojnie narodów dostałem kameralny, magiczny dramat, utrzymany w fantastycznym tempie, okraszony pomysłowymi i hipnotyzującymi zdjęciami, z solidnym scenariuszem, umiejętnym operowaniem ciszą oraz wspaniałymi rolami Agaty Trzebuchowskiej i Agaty Kuleszy. Damn you, Pawlikowski. Damn you all to hell.

8+/10

Skóra, w której żyję

O tym obrazie autentycznie nie chcę pisać długo – nie warto bowiem zdradzać ani mikrograma jego fabuły. Film Almodovara w pewnym momencie zaczyna wręcz… przytłaczać swoją historią. Końcowy zwrot akcji – przedstawiony tak zwyczajnie i naturalnie – szokuje i choć można się go w pewnym momencie domyśleć, to nie chce się wierzyć, że jakiś twórca poszedłby w tę stronę. Cóż, Almodovar poszedł. Jest to dzieło o seksualności i tożsamości, realizatorsko czerpiące z wielu gatunków filmowych, podbudowane znakomitą muzyką. Czego chcieć więcej? 9/10

Reklamy

2 comments

  1. Nic nie słyszałeś o „Słoniu” w sensie fabularnym czy w ogóle nie wiedziałeś o istnieniu tego filmu? Ciężko chyba o nim nie słyszeć, zdobył Złotą Palmę w Cannes, poza tym reżyserem był Gus van Sant, którego całą filmografię warto znać (włącznie z nieudanym „Psycho”, którego warto obejrzeć, ale bardziej z „akademickiego obowiązku” niż dla przyjemności).
    To ja czekam aż nadrobisz grecki film „Kieł” i obejrzysz go, nic o nim nie wiedząc.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s