Wielkie Oczy, reż. Tim Burton

big_eyes.15ce0090408.originalBig Eyes widziałem już 2 stycznia, w dniu premiery filmu w Polsce. Gdy piszę te słowa jest noc z 14 na 15 stycznia. Przez niecałe dwa tygodnie często myślałem o tym filmie i zastanawiałem się, czy w ogóle pisać jego recenzję. Bo to obraz, z którym wiązałem pewne nadzieje i który mógł mi się naprawdę spodobać. Stało się jednak (prawie) zupełnie odwrotnie.

Jakie oczekiwania wiązałem z Wielkimi Oczami? Każdy pewnie łatwo zgadnie – to nowy film Tima Burtona. Jeśli nie rozumie się samo przez się, to jestem skory do tłumaczenia. Do niego, jako twórcy, zawsze miałem pewien dystans. Na pewno można go uwielbiać – za wizualny splendor, niesamowite kreacje świata i wciągające historie. Ten ostatni element jest jednak najważniejszy, a to, że udało się twórcy przez tyle lat utrzymać tak wysoki poziom swoich opowiadań jest niezwykłym wyczynem. Batman, oprócz niesamowitej kreacji Gotham City, był opowieścią o rywalizacji, walce z własnymi demonami. Najogólniej rzecz biorąc. Był to film jak na swoje czasy niezwykle innowacyjny, bo poinformował przecież cały świat, że „hej, Batman to nie tylko Adam West ze swoim Dickiem w rajtuzach”*. Co więcej, obraz ten, razem z następnymi historiami reżysera, Edwardem Nożycorękim oraz Ed Wood’em, tworzą trójkę „Burtonów”, które są jednymi z najbardziej inspirujących dzieł, jakie widziałem. Mimo, że poznałem je stosunkowo niedawno, to niezwykle je doceniam.

W takim razie – skąd ten dystans? Ano, dla nikogo chyba nie będzie tajemnicą, że Tim ostatnio ma problem z… no właśnie, trudno to określić. Generalnie consensus jest taki, iż większość ostatnich dzieł w jego reżyserii (pomijając Frankenweenie) niezwykle po mnie spłynęła i tak naprawdę za nic takiej Alicji w Krainie Czarów nie zapamiętałem. Niektórzy postawili na nim krzyżyk, lecz ja jestem cierpliwym człowiekiem, a każdy artysta (jak i nie-artysta) ma swoje wzloty i upadki. Normalna kolej rzeczy. W tym przypadku pokładałem spore nadzieje w Wielkich Oczach. Chciałem, żeby okazały się tym rytualnym wzlotem. Było ku temu wiele powodów: zmienił się casting, a scenariusz napisali nie kto inny jak Scott Alexander i Larry Karaszewski, odpowiedzialni m. in. za… Ed Wooda. Coś chyba poszło nie tak, gdyż po seansie miałem uczucia porównywalnie zmieszane do tych odczuwalnych po Dark Shadows. I nie zrozumcie mnie źle – nowy film Burtona jest od dzieła z Johnnym Deppem znacznie lepszy, lecz zdecydowanie mnie zawiódł.

Biograficzna historia prezentuje się, co najmniej, interesująco. Opowiada ona o drodze do sławy dziś cenionej malarki Margaret Keane. Ścieżka ta nie była jednak kwiatami usłana. Można by wręcz powiedzieć, że była skutkiem przypadku, gdyż filmowa Margaret to osoba niezwykle zamknięta w sobie i znajdująca się w trudnej sytuacji, w której jej mąż, uruchamiając machinę komercji, sprzedaje namalowane przez nią obrazy, pod którymi sam się jednak podpisuje.

75

Tematyka Big Eyes jest ważna – film, jak te lepsze dzieła Burtona, próbuje przekonać nas, iż każdy ma prawo wyrażać siebie. To jest jednak wątek ukryty, leżący w tle między postaciami Amy Adams, Jasona Schwartzmana i Terence’a Stampa. Wobec tego: co tu jest tematem głównym? Cóż… muszę powiedzieć, że nie jestem tego pewien. Z jednej strony to też film o przełamywaniu siebie, o walce z miłosną dominacją i pewnym wyobrażeniem małżeństwa, w tym przypadku wyrażony przez metamorfozę naszej głównej bohaterki. Za tym przecież przemawia większość rzeczy – przed właściwym filmem wyświetla nam się cytat (który w tym momencie ciężko mi sobie przypomnieć), do tego, okazjonalnie, opowiadaną historię podkreśla narrator. Informuje on nas już na samym początku, że „kobiety w tamtym okresie nie miały łatwo”. W porządku, ze wszystkim się zgadzam.

Idea kibicowania Margaret wydała się być więc zupełnie kusząca. Ba, uwielbiam postaci tego typu, a w filmach Tiima Burtona jest przecież pewien wspólny mianownik, jeśli chodzi o protagonistów. Prawie zawsze są to osoby odrealnione, inne, z lekka dziwaczne, wręcz zagubione. Taka jest Margaret, lecz wydała mi się być zupełnie bez wyrazu. Serio, Amy Adams dwoi się i troi w tej roli, lecz pod sam koniec filmu byłem wobec niej zupełnie obojętny. Nie poznajemy tej osoby praktycznie w ogóle – jej działania napędzają z początku fabułę, to prawda, lecz potem… schodzi na drugi plan. Miałem wrażenie przebywania z obcą mi osobą, bo choć jako widz posiadałem wielki wgląd w życie prywatne Margaret, to mam wrażenie, iż jej wątek został potraktowany zupełnie po macoszemu. I tak, sam fakt odsunięcia w tło naszej protagonistki ma dość sensu, jeśli chodzi nam o przedstawienie relacji małżeńskiej Keanów, jednak skutkuje tym, iż nic o niej nie wiemy.

bigeyes_christoph

„hehehehehe ja to namalowałem, nie mama heheheheheheh”

Jeden z większych problemów z filmem zaczął mi się przejawiać podczas przebywania z Walterem Keanem. Mówię tu o grotesce, wyrażonej w dużej mierze przez postacie. W jego osobie nie ma bowiem nic wiarygodnego, jest niczym wyjęta z kreskówki. Christoph Waltz, podobnie jak Amy Adams, starał się wycisnąć z roli co się dało. Wyszło to przerysowane – gdy Walter się wścieka, ma taką niesamowitą ekspresję rąk, ciała, twarzy, mimiki… no po prostu wszystkiego, nie ma w tym za grosz subtelności, dominuje wielka przesada. Nie wiem nawet kogo w tym przypadku winić – scenarzystów, aktora, czy samo jego prowadzenie przez reżysera. Bo gdy Walter kłamie, to jako widzowie wiemy, że kłamie – nawet gdy twórcy próbują nam powiedzieć coś zupełnie odwrotnego, a przy tym puszczać nam oczko, w stylu „dobrze myślicie”. Ja się jednak bardziej zastanawiam, jak oni wszyscy mogli kiedykolwiek uznać tego człowieka za sympatycznego, gdyż osobiście nie odczułem w stosunku do niego żadnych zbliżonych emocji. Podobnie jest w sumie z drugoplanowymi postaciami, a szczególnie urzekający są wspomniani już przeze mnie właściciel galerii oraz krytyk pewnej wysokonakładowej gazety. Dodatkowo, wszyscy oni grają z taką manierą i zaangażowaniem, że czasem trudno się nie uśmiechnąć w chwilach, w których przecież nigdy tego, w intencji twórców, robić nie powinniśmy.

Big Eyes ma także dziwny problem z tożsamością. W jednej scenie nasz antagonista biega po domu pijany, z zapałkami w ręku, gotów wzniecić pożar w swoim domu. Dudni przy tym dramatyczna muzyka Danny’ego Elfmana, kolory są mroczne i ciemne – wiecie, czuć powagę. W drugiej natomiast, oddzielonej chyba jednym cięciem, ton się zupełnie zmienia, i wchodzimy na salę sądową, w której nasz Walter odstawia tak niewyobrażalnie komiczną szopkę, godną niejednej komedii. I to chyba w zamyśle miało być zabawne – w końcu tym razem gra urocza muzyka, a kolory są jasne i ciepłe. Jak ja mam takiego człowieka traktować z przymrużeniem oka, gdy 40 sekund wcześniej prawie spowodował śmierć głównej bohaterki? Przecież tamto było na serio. Czy tylko ja w takim położeniu czuję się dziwnie i niezręcznie? Ton i powaga zmieniają się ze sceny na scenę, kompletnie wypaczając to dzieło z zaangażowania.

Big-Eyes-2014-Amy-Adams-as-Margaret-Keane

Nie chcę powiedzieć, że Big Eyes jest porażką na wszystkich frontach, bo nie jest. Problem w tym, że na pewno jest porażką artystyczną. Mimo iż Margaret jest protagonistką, to Burton bardziej przypomina mi Waltera – człowieka zanurzonego w swoim świecie do tego stopnia, iż sprawia wrażenie kompletnie nieświadomego, jak sprawy się naprawdę mają. I już tam chyba zostanie, oj tak. Nie wyjdzie. A wielka szkoda, bo z filmu dało się wyciągnąć więcej, zwłaszcza przy takich scenarzystach oraz przy takiej obsadzie. I choć nadal jest on nakręcony z wizualną precyzją, kolory wyglądają cudnie i dzieło ładnie oddaje atmosferę wczesnych lat 60, to zabrakło w tej historii… serca? Prawdopodobnie leży pogrzebane w gąszczu groteski.

Ocena: 5/10

* Pisałem to, gdy byłem niezwykle zmęczony. Ten wymyślony przeze mnie cytat od razu postawił mnie na nogi, przez swoją żenującą śmieszność. Jeśli koliduje – przepraszam, musiałem 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s