Filmowe Zaległości – grudzień 2014

posterlaboldboy_3Oldboy (2003)

Kultowy już film Chan-Wook Parka obejrzałem na początku grudnia, lecz dopiero dzisiaj, czyli już jakiś czas po Sylwestrze, udało mi się przysiąść i o nim napisać. Dlaczego tak się stało? Gdyż mamy tu do czynienia z jedną z najlepiej utkanych filmowych intryg, jakie dane było mi oglądać na ekranie. Od pierwszych chwil Oldboy mnie interesuje – głównie specyficzną stylistyką, ale także zajmującą zagadką. Co prawda, jest ona prowadzona dość spokojnym tempem przez jakieś 3/4 filmu, ale gdy dowiemy się, co tak naprawdę stało za tym, że Dae-su siedział w swoistym więzieniu te 15 lat, będziemy zszokowani i rozdarci. Zwłaszcza, że wcześniej zaangażowaliśmy się emocjonalnie w historię – scenariusz jest bardzo solidny, a aktorzy są prowadzeni niezwykle naturalnie (Min-sik Choi w głównej roli to niekończący się pokaz imponujących umiejętności). Długo bym jeszcze o tym pisał, ale się powstrzymam. Dlaczego? Gdyż podszedłem do tego filmu z nikłą świadomością tego, co dostanę, i sądzę, że ta strategia zapewni Wam wyśmienity seans. Poczujecie świeżość i oryginalność oraz wciągniecie się w historię, która po zakończeniu filmu zakorzeni Wam się w głowach na długo. Taki powinien być prawdziwy thriller.

Ocena: 8/10

SPW_31_5_Promo_4C_11-729x1024Scott Pilgrim vs. the World (2010)

Po seansie dwóch filmów Edgara Wrighta nazwałbym go… niezwykle oryginalnym. Racja, trywializm. Przez tyle lat czytałem mnóstwo rzeczy o jego pracy, słuchałem niekończących się zachwytów (chociaż co do World’s End zdania są podzielone, ale odbiegam od tematu) i byłem namawiany przez spore grono osób do zobaczenia jego produkcji. Ja, jak zwykle, wyciągałem kontr-argument w postaci mojego wszechobecnego lenistwa, i z obejrzeniem dzieł Brytyjczyka zwlekałem, aż do niedawna. Na pierwszy ogień poszedł Scott Pilgrim kontra Świat. Pierwszy rzut oka na historię zapowiada coś do bólu standardowego (jeśli chodzi o kino młodzieżowe i w ogóle) – młody i nieśmiały chłopak zakochuje się w dziewczynie, którą, w konsekwencji, próbuje zdobyć. Ale od tego momentu Wright oraz współscenarzysta Michael Bacall, przesuwają akcenty. Scott, mimo swoistej nieśmiałości, ze zgrabną prędkością zawiera związek z tajemniczą Ramoną Flowers. Więcej – biedny, zakompleksiony chłopak sam przy tym musi, z brakiem subtelności, odrzucić pewną zadurzoną w nim po uszy dziewczynę. To są bardzo miłe, niespotykane urozmaicenia, więc jako widz byłem zaintrygowany. Wtedy jednak nadeszła właściwa część fabuły:  aby Pilgrim miał szansę w pełni zdobyć Ramonę, musi pokonać jej złych-do-szpiku-kości byłych chłopaków, będących w pełni naładowanymi testosteronem maszynami do zabijania (dzięki czemu piękne cameo zalicza tutaj Chris Evans). Pomysł jak z dobrej gry wideo… czego film jest w pełni świadom. Wright korzysta tu z niebywale szerokiej spuścizny popkultury lat 80 i 90 – wszystko jest tu „retro”. Od ruchów kamery, po stylizowane na kolejne poziomy NES-owych gier sceny akcji. Do tego sama historia jest mądra i urocza, a montaż niezwykle dynamiczny, pozwalający każdej scenie zabłysnąć jakąś treścią.

Ocena: 8-/10

Co nas prowadzi do…

hot-fuzz-poster-smallHot Fuzz (2007)

…bardziej konwencjonalnie opowiedzianej historii tego samego reżysera. Bo widzicie, przy nazwisku Wrighta nie powinno się chyba stawiać synonimów oraz w sumie samego określenia „konwencjonalne”. Te dwa zjawiska zwyczajnie nie idą ze sobą w parze. Druga część nieoficjalnej trylogii Cornetto (jedyne uzasadnienie tej nazwy pada w filmie pod znakiem stróżów prawa jedzących lody o tej nazwie, lol) to parodia wszelkich policyjnych kryminałów. Fabuła jest więc zupełnie standardowa i prosta, nie jest to nic, czego już nie widzieliśmy. Ale raz, że znów jesteśmy uraczeni fantastycznym, dynamicznym montażem (w konsekwencji tempem) filmu, a dwa, że jest to po prostu naprawdę zabawnie napisane. Brytyjski humor wszelkiej maści wylewa się z ekranu, historia jest odpowiednio doprawiona dawką absurdalnej groteski, a duet Pegg-Frost sprawdza się wyśmienicie. Jedyne co mnie tak naprawdę znudziło, to końcowa strzelanina. Nie zrozumcie mnie źle – jest odpowiednią parodią (widok Simona na koniu z wielkimi strzelbami dostarcza rozrywki, no i sos pomidorowy zamiast krwi to czysty geniusz), ale dziwnie mi się dłużyła. Może to dlatego, że gdy już wszystkie zagadki zostały ujawnione, to nie zostało tu nic innego, jak kończenie historii, której zakończenie dobrze znamy? Możliwe. Ale nie mogę odmówić Hot Fuzz rozrywkowości.

Ocena: 7/10

MPW-44036Imperium Słońca (1987)

Ahhh, Steven Spielberg – kawał mojej przeszłości. I nie mówię tu o jakiejś specyficznej relacji z reżyserem (co to dziwne westchnienie mogło, moim zdaniem, implikować), ale o jego dorobku artystycznym, który miał na mnie duży wpływ. Tak przynajmniej sądzę, jako iż Park Jurajski obejrzałem już ok. 1000 razy, a niedawno cieszyłem się, z fascynacją 8-latka, otwierając pakiet wszystkich części Indiany Jonesa na Blu-Ray. Zwyczajnie – ten człowiek się dla mnie nie kończy. Z jego filmów wciąż wynoszę nowe rzeczy, które jednak nie przysłaniają jego niezwykłych, realizacyjnych umiejętności. Świetne zdjęcia, fantastyczny score Johna Williamsa, genialnie wyglądające efekty specjalne, i ciekawa historia pełna emocji – to definicja wielu jego dzieł, od Szczęk zaczynając, a dużo dalej kończąc. Jednego z tych aspektów w Empire of the Sun brakuje: angażującej fabuły. Nie odmówię jej co prawda poetyckości i czasem sporej dawki pięknych emocji. Jest to także świetny film wojenny (można o obrazie dyskutować i jest merytoryczny w swoich postanowieniach). Niestety, to dzieło jest naprawdę dziwnie rozciągnięte i ma zupełnie wolny pacing. W ogóle nie odczułem płynności fabuły, natomiast to całe świetne aktorstwo młodego Bale’a czy Johna Malkovicha (z którego postacią też mam problem) dusiło się w sosie poetyckich i symbolicznych scen, z których część faktycznie emocjonowała, ale raczej jako epizody. Dziwna sprawa, bo do tej pory myślałem, że Spielberg lat 80. to jeden z najlepszych seansów, jakie można sobie wybrać, a tu niespodzianka. Kto wie – może miałem tylko zły dzień? Może kiedyś, po ponownym seansie, wrócę do tego postu i zawstydzony będę pluć sobie w brodę, że nie zrozumiałem tak wielkiego filmu? Tego sobie życzę.

Ocena: 6-/10

Lost-in-Translation-Posters-lost-in-translation-1041739_1200_1850Między Słowami (2003)

Innym powolnym, lecz jak najbardziej udanym dziełem z tego miesiąca był film Sofii Coppoli. Do jego obejrzenia skusiła mnie przede wszystkim… lokacja: Tokio. Tokio nocą. Te neony, światła, cała ta atmosfera została odwzorowana cudnie (nie żebym tam kiedyś był, ale zgadza się to z moim wyimaginowanym Tokio). Zdjęcia są długie, prowadzone z różnych perspektyw, a muzyka elektroniczna i odpowiednio melancholijna. Sama historia również jest zupełnie niebanalna. Oryginalny tytuł, Lost In Translation, doskonale obrazuje, w jakim położeniu znajdują się bohaterowie. I nie chodzi mi tylko o dwójkę samotnych Amerykanów w gąszczu odmiennej kultury i języka, tylko o ich relacje z ludźmi. Bohater Billa Murray’a nie widzi sensu swojego związku z żoną, która, zostając na drugim końcu świata, rozmawiając z nim przez telefon w kółko interesuje się jedynie kolorem dywanów. Postać Scarlett Johansson prawie w ogóle nie widuje się z mężem, z którym i tak wpadła w pułapkę schematu młodego małżeństwa (jeśli jestem w stanie takowy rozpoznać). Kiedy już ich bohaterowie się spotkają… to ciężko nazwać to romansem – nie ma tu seksu, całowania, postaci też ledwo się dotykają. Jest za to duchowe przebywanie ze sobą.  To chyba jedna z niewielu tak autentycznych, naturalnych i ciekawych zarazem relacji w kinie. Dzięki temu emocje podczas końcówki są zupełnie naturalne, bo wynikają z przeżyć, których wiele ludzi autentycznie doświadczyła. Dlatego tak ten film polecam – za jego nieprawdopodobną szczerość i prawdziwość.

Ocena: 8+/10

nightcrawler-posterNightcrawler (2014)

W życiu nie widziałem nic od Dana Gilroya. Słabo kojarzyłem aktora grającego główną rolę (raczej ze względu na to, że trudno to jego dziwne nazwisko w ogóle wymówić). A jednak projekt, jakim był Wolny Strzelec, mnie zaintrygował. Z początku, gdy obejrzałem zwiastun, nie wiedziałem do końca, czego się spodziewać. Ten film jednak, podobnie jak pewnemu mojemu przyjacielowi, został mi sprzedany przez plakat. Ale nie byle jaki. Spójrzcie na niego. Kliknijcie. Powiększcie. Wydrukujcie. Niech zawiśnie Wam gdzieś na ścianie. Podziwiajcie. Toż to arcydzieło, które nie tylko nawiązuje do jakiejś dziwnej retro-kampanii propagandowej, ale ogólnie wygląda oszałamiająco w swojej prostocie. I podobnie jest z filmem – oszołamia, ale… czy ja wiem, czy w swojej prostocie? Chodzi mi o to, że jakieś 90%, w porywach do 120% (z całych 137%) czasu trwania tego dzieła to główny bohater. Czy to źle? Z jednej strony – absolutnie nie. Jake Gyllenhaal (spróbuj powiedzieć to szybko pięć razy pod rząd) spisuje się niesamowicie dobrze. To zasługa wyśmienicie napisanej postaci, ale i rozsądnego zaangażowania się aktora. Ani na chwilę nie wątpiłem, że na ekranie oglądam rasowego psychopatę. Jest zupełnie samotny, pedantyczny, ma określony plan działania. W jednej ze scen wyjaśnia pewnej postaci, jak bardzo nie lubi ludzi, co kompletnie uzasadnia to, z jakim brakiem oporu i wszelkich odruchów ludzkich się on zachowuje, przesuwając chociażby świeże, powypadkowe zwłoki anonimowej dla niego osoby tylko po to, żeby dobrze wyglądały w kadrze. Gyllenhal nadaje mu taką niezwykle naturalną sztuczność we wszystkim co robi. Daje tej postaci pewną mechanikę, sprawiło to, że ciągle miałem wrażenie, że na ekranie jest jakiś robot, nie człowiek. Wszystko, włącznie z wysławianiem się, robi niezwykle płynnie, jakby nienagannie, z cholernie pewnym siebie wyrazem twarzy. Od początku jednak widać, że coś jest z nim nie tak – przecież zachowuje się jak wyjęty z podręcznika typu „Jak nie zrazić do siebie ludzi”. Wracając do moich poprzednich przemyśleń: czy to źle? Z drugiej strony – trochę tak. Jasne, główny bohater jest wspaniale nakreślony, ale przecież drugi plan tego filmu… jest nikły. Bohaterowie poboczni służą tu tak naprawdę jedynie nakreśleniu cech naszego anty-bohatera. Czy to działa? Tak, lecz jest to dość niesubtelne i niekulturalne wobec widza. Nie mam tego jednak bardzo za złe, bowiem film wciąga. Nakręcony został dobrze (ulice L.A. nie wyglądały tak dobrze od czasu Drive), a główna kreacja powala na kolana.

Ocena: 7+/10

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s