Projekt: Alf, reż. Dick Lowry

Kto nie kochał ALF’a? Serio, czy istnieje tam gdzieś na świecie jakaś osoba, która w dzieciństwie nie była zakochana w małym, wcale-nie-kukiełkowym kosmicie pałającym miłością do pizzy i suchych dowcipów? Cóż, pewnie tak, ale mnie z pewnością można zaliczyć do grona wielbicieli. Swojego czasu serial Toma Patchetta i Paula Fusco stał się częścią codziennej rutyny mojej rodziny. Oczywiście po pewnym czasie sitcom odszedł z mojej pospolitości, by zająć miejsce wśród miłych wspomnień. Należy do nich do dzisiaj, gdyż miło mi jest do tej produkcji czasem wrócić.

Byłem szczęśliwym dzieckiem z dostępem do internetu. Wszystko, czym się aktualnie zainteresowałem, lądowało w nigdy nieprzerwanym paśmie historii wyszukiwania. Rozglądając się za informacjami o serialu, natrafiłem na „Project: Alf”, czyli oficjalne domknięcie historii naszego kosmity w formie filmowej. Nad scenariuszem owej produkcji telewizyjnej czuwali twórcy serialu, tym bardziej dziwią mnie powody, dla których nie jest ona warta obejrzenia. I tak, siłą rzeczy będą więc spoilery dot. serialu. Ci, którzy go skończyli, a filmu nie oglądali, raczej nie są narażeni na niebezpieczeństwo.

Już zaczynając oglądać obraz zdziwiłem się, jak poważnie twórcy podeszli do sprawy. I nie mówię tu o odpowiedzialności i konsekwencji, jaką cechuje się wykonanie, a raczej o posępnym tonie produkcji. Całość zaczyna się w nocy. Na tle napisów początkowych widzimy samochody wojskowe przejeżdżające na pustynnej drodze wokół ciemnej aury (jakże to była fascynująca, dwuminutowa sekwencja). Gdy lista płac znika z ekranu stajemy się uczestnikami tajnych obrad amerykańskiej armii. Jej tematem jest oczywiście nasz kosmita z planety Melmak. Ważąca na tonie filmu rozmowa przerwana jest sekwencją taśm z wyczynami Alfa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie trwała jakieś trzy razy dłużej niż scena, która przecież przedstawia nam fabułę, a owe wideo z obcym nie miało przecież na nią żadnego wpływu.

Tak, to faktycznie jest Alf, cały i zdrowy.

Głównym motywem antagonisty, generała pragnącego unicestwić Melmakiańczyka, jest szaleństwo. Może to jeszcze nie brzmi dziwnie, a raczej dość sztampowo (bo nic więcej raczej powiedzieć się o tym nie da), ale poczułem straszną przykrość, gdy ów „główny zły” opowiadał innemu żołnierzowi o chęci zabicia Alfa, gdyż kosmici porwali i zabili mu niegdyś matkę. To jest raczej niedorzecznie, ale nie w ten dobry sposób, bo aktor oraz twórcy traktują to zupełnie poważnie. Albo przynajmniej – nie odczułem żadnego przymrużenia oka. Jestem osobą, którą łatwo rozemocjonować, dlatego byłem bardzo zdezorientowany, gdy z jednej strony miałem szalonego generała nieradzącego sobie z duchami przeszłości, a z drugiej strony ciągle wpieprzającego pizzę i grającego w pokera kosmitę-przytulankę. Kontrast pomiędzy tonem jest naprawdę spory, a przeskoki są nagłe.

Z drugiej strony – żarty Alfa są mniej zabawne niż w serialu. Co prawda wywołują lekki uśmiech na twarzy, bo sama jego postać została nieźle wykonana (oprócz dennego wątku zakochania się w ludzkiej kobiecie, wtf), ale raz, że przed chwilą miałem na ekranie pałającego smutnym gniewem wojskowego, a dwa, że same w sobie nie są aż tak zabawne. Postać kosmity jest tu raczej poboczna, jest czymś, co napędza fabułę. Wobec tego większość jego żartów to sekwencje oddzielne od całej jej osi (złośliwi powiedzą side-questy). Nie są one wybitnie napisane, a w pamięć wpisują się maksymalnie dwie. Gdzie się podział ten humor sytuacyjny z serialu? A, no i zapomniałem wspomnieć, że Alf w ogóle nie wspomina o rodzinie Tannerów, z którymi przecież mieszkał dobre 6 lat. Mieli wielką chemię z tytułowym bohaterem, widzowie przez lata się do nich przywiązali i także o nich troszczyli. Dlaczego film tak się od nich brutalnie odcina?

Zrzut ekranu 2014-12-22 o 23.14.15

Oprócz tego film ma fabułę zupełnie banalną. Taka decyzja nie jest błędem samym w sobie, jeśli służy ona poznawaniu ciekawych postaci, a w przypadku „Alf’a” – humorowi. Gdy jednak pierwsza z wymienionych rzeczy w ogóle nie porywa, a druga też średnio wyszła, to nic tu nie pozostaje. Mogłem doskonale przewidzieć, co się stanie dalej z niezłą dokładnością już po skończeniu pierwszego aktu, ba, po kilku scenach coś już podejrzewałem. Głównymi bohaterami (oprócz Alfa) są Rick i Melissa. Wzbudziliby oni może we mnie sympatię, gdyby nie ich totalnie irracjonalne zachowanie. Nie mam pojęcia, jakie były ich motywacje, jeśli chodzi o próbę ratowania tytułowego bohatera – film nie zarysował pomiędzy nimi żadnej wcześniejszej relacji. Próbowali mi wmówić, że są po prostu takimi dobrymi ludźmi? Tego też w ogóle nie powiedziano. Dodatkowo, mamy tu później dość sztampową próbę trójkącika miłosnego, co nie wychodzi dobrze.

„Projekt ALF” nie został dobrze przyjęty ani przez widownie, ani przez krytyków. Teraz już rozumiem dlaczego – obraz balansuje na przeskakiwaniu pomiędzy scenkami, które reprezentują sobą dość poważny, wręcz niezręczny ton, oraz umiarkowane, a często niezwykłe znużenie. Omawiany film jest raczej niechcianym dzieckiem, efektem sporu zarządu stacji, który zakończył „Alfa” w połowie dwuodcinkowego finału (tak, serio), zostawiając widzów z niczym na 6 lat. Tym bardziej szkoda, że tak urywa się ta historia – niezręcznym i niezabawnym filmem. Tak w konsekwencji też kończy się moja, jak i wielu innych osób, przygoda z zabawnym kosmitą. Jeśli jesteś fanem serialu – możesz sobie jak najbardziej odpuścić.

Ocena: 3/10

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s