Filmowe zaległości – Listopad 2014

Hej!

Ostatnio stwierdziłem w sobie pewne ograniczenie. Jeśli poznaliście powód, dla którego bloga założyłem, to jest ono dla Was znajome. Otóż czuję się trochę zamknięty i spięty w swoich formach. Zwykle gdy chciałem powiedzieć coś więcej o danym filmie, polecić go komuś czy zwyczajnie zbesztać – robiłem recenzję wideo na kanał na YouTube.  Z czasem jednak poszerzyłem swoje zainteresowania i kino coraz bardziej mnie fascynowało. Chciałem gdzieś to wyrazić, tak więc powstał blog, czyli miejsce, w którym mogę zwyczajnie napisać co sądzę, jednak mniejszym kosztem czasu niż przy wideo recenzji. Wyszedłem bowiem z założenia, że niektóre filmy po prostu nie są tego poświęcenia warte, przynajmniej dla mnie. Takim cudem zacząłem tu umieszczać pełne recenzję, ale znów zaczęło mnie to ograniczać. Co miesiąc więc będę na stronie publikować cykl Filmowe Zaległości. Będą tu zebrane wszystkie filmy które obejrzałem w danym miesiącu z którymi chcę się podzielić, jednak nie koniecznie są to obrazy o których chciałbym się rozpisywać. Jeśli mnie znacie, to wiece też, że oceny będą raczej pozytywne. Nie zależy to (mam nadzieję) od mojego sflaczałego gustu, po prostu nie lubię pisać o filmach, których nie lubię i które mnie w jakiś sposób zdenerwowały – ten czas lepiej poświęcić na obrazy warte uwagi. Nie przedłużając więc już, oto filmy, którymi chciałbym się w Listopadzie 2014 podzielić!

Przygody Tintina (2011)

Dla mnie “Przygody Tintina” to jeden wielki powrót Spielberga do kina Nowej Przygody. Nie bez powodu niektórzy mówią na to dzieło “animowany Indiana Jones”. Mamy tu przecież wszystko, co potrzeba: ciekawą intrygę, charakterystyczne postaci drugoplanowe, sporo pastiszowej komedii oraz wiele przekombinowanych, acz fascynujących i zapierających dech, scen akcji. Dochodzi do tego idealnie oddana atmosfera danych lokacji (Williams & Spielberg Co. w końcu zobowiązuje) oraz, oczywiście, pięknie zanimowane, kreskówkowe motion capture. Przez to wszystko nie przeszkadzała mi nawet niezbyt interesująca postać samego Tintina. Co prawda, nie grzeszy to oryginalnością (zresztą Spielberg na stare lata traci do niej zapał i widocznie ulatnia się w nostalgii do starej twórczości), lecz dla amantów “Gwiezdnych Wojen”, “Bliskich Spotkań…” i zwłaszcza “Poszukiwaczy Zaginionej Arki” film powinien być jak znalazł.

Ocena: 7-/10

Bogowie (2014)

Byłem chyba ostatnim człowiekiem w Polsce, który nie widział “Bogów”. Wielkim fanem polskiego kina siebie nazwać nie mogę, lubię jednak obejrzeć chociażby solidną produkcję powstałą w naszym kraju. Nasza filmografia została przecież ostatnio zalana przez wytwory komedio-podobne, które nie dość, że, delikatnie mówiąc, niezbyt bawią, to jeszcze ich tendencja pt. „kopiuj-wklej” stała się niezwykle męcząca. Tematyka zawsze jest ta sama, typ humoru również. Aktorzy, a nawet ich role, z produkcji na produkcję wyglądają jakby zamieszkali u Patryka Vegi czy innego Wereśniaka. Rzecz jasna stosuję tu uogólnienia, bo zdarzają się filmy naprawdę pomysłowe, chociażby “Jack Strong”. Na szczęście podobna sytuacja ma się z “Bogami”, bowiem było to dzieło zwyczajnie… dobre, na niezwykłym poziomie. Uwielbiam ton tego filmu, oraz jego podejście do tego, bądź co bądź, poważnego tematu. Gdzie wiele innych twórców podeszłoby śmiertelnie ceremonialnie, tam Palkowski wprowadza optymizm i humorem. Sprawia, że na sceny pocieszania małej pacjentki patrzymy z niesłychaną nadzieją, a gdy zdarzy się już coś naprawdę poważnego – osobiście byłem zaangażowany bardziej niż na wielu innych, polskich produkcjach. Nie muszę Wam mówić, że Tomasz Kot jest dobry w swojej roli, bo jest. Zwyczajnie “Bogowie”, jak dziwnie by to w ich kontekście nie brzmiało, mają serce i ogląda się ich z przyjemnością, a to coś, do czego wielu innym “swoiskim” obrazom daleko.

Ocena: 7/10

Wyznania Gejszy (2005)

Tym filmem byłem zainteresowany już od młodych lat, gdy jako dzieciak zobaczyłem pudełko DVD na sklepowej półce. Po latach powróciłem do tego wspomnienia, a z perspektywy “kinomana” zainteresowały mnie dwie rzeczy: po pierwsze – muzyka Johna Williamsa, po drugie – naprawdę rozbieżne opinie. Mało który film ma przecież ok. 30% na Rotten Tomatoes, jednocześnie mając średnią 7,7 na filmwebie (chociaż akurat tam rzadko który wynik mówi o jakości produkcji). Generalnie – nie wiedziałem, czego się spodziewać. To, co dostałem, było kinem niezwykle atmosferycznym, zmysłowym, dodatkowo posiadającym wzruszającą historię. I umieszczam tu fabułę z lekka w strefie marginalnej z tego powodu, iż najmocniejszym aspektem dzieła jest wyjątkowa aura. Wszystkie elementy realizacyjne stoją na najwyższym poziomie – od niesamowitych zdjęć, po wyjątkowo wzruszający soundtrack Williamsa (teraz widzę, dlaczego zrezygnował z serii o “Harrym Potterze”). Dzięki idealnie spokojnej żwawości rozpłynąłem się w tym i nacieszyłem jak na rzadko jakim obrazie. Szczerze, od strony wizualnej ten film to dzieło sztuki. Nie mam też większych problemów z historią – dramat protagonistki przedstawiono umiejętnie, w filmie występuje też sporo niejednoznaczności. Niewielkim minusem mogą być, co prawda, odrobinę jednostronni bohaterowie poboczni. Dzięki świetnie uchwyconej kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni z przełomu wojen widać też bardzo wyraźny kontrast, jaki zrodził się z post-batalistycznych zdarzeń. Bo gdy Stany Zjednoczone cieszyły się z wygranej, to Japonia ubolewała nie tyle nad przegraną, ale nad straceniem swojej kultury, jakże dlań teraz ważnej.

Ocena: 8/10

Uciekinier (2013)

Film Jeffa Nicholsa był polecany i obwoływany jednym z najlepszych dzieł 2013 roku przez niezliczoną liczbę serwisów, portali czy programów na YouTube (no dobra, może tylko Urwany Film). Zainteresowałem się nim, gdyż na fali “Interstellar” postanowiłem “zagłębić się” w karierę Matthew McCounagheya. Znów zatem nie wiedziałem, czego oczekiwać, ale ja takie podejście lubię najbardziej. Zaowocowało to porządnym seansem, choć nie jestem na ekstremalnym poziomie ekscytacji. Moje najbardziej pierwotne wymaganie zostało zaspokojone: McCounaghey zagrał świetnie. Aktor w każdej scenie trafia we właściwą nutę. Nie jest on jednak protagonistą, a czymś w rodzaju E.T. tego filmu, napędza on fabułę. W główną rolę chłopca Ellisa wcielił się Tye Sheridan, który z pewnością daje popis talentu. Co więcej, nie został on napisany, podobnie jak jego kolega, Neckbone, w irytujący sposób. Dzieci były w tym filmie wyjątkowo naturalne. Wszystko to jest wypełnione dusznym klimatem małego, nadrzecznego amerykańskiego miasteczka. Ponadto film jest swoistym miszmaszem, który skleja schematy z różnych gatunków (czuć tu chociażby dużo westernu). Jedynym moim problemem jest tak naprawdę czas trwania, bo film wydaje się trochę rozciągnięty. Co prawda, pozwala nam to nacieszyć się atmosferą, ale gdy akcja w środku fabuły ma pędzić – zwyczajnie nie mamy takiego wrażenia. Wszystko jednak odpłaca idealna końcówka, która sprawi, że pęknie Wam niejedna żyłka.

Ocena: 7/10

Kontakt (1997)

Po “Uciekinierze” nie było innej opcji, tylko dalsze błądzenie po karierze naszego Teksykańczyka. Jak się możecie już domyśleć – padło na “Kontakt” Roberta Zemeckisa. Nigdy nie byłem wielkim fanem jego twórczości. Choć jest on świetnym rzemieślnikiem, to jego filmy zwykle nie poruszały mnie emocjonalnie. Choć “Forrest Gump” mi się bardzo podobał, to miałem wrażenie, iż twórcy celowali w większy zakres emocji niż ten, który odczuwałem, a przy “Cast Away” prawie w ogóle nie zgłębiono psychologii głównego bohatera. Wszystko to było moim zdaniem za proste. Ta strategia sprawdza się inaczej w przypadku “Kontaktu”. Protagonistka tej, raczej realistycznej, wizji kontaktu z pozaziemską cywilizacją ma w sobie mnóstwo emocji. Cała jej postać była na tyle dobrze zarysowana, cel wydawał się na tyle ważny, że bardzo wczułem się w jej problem i oglądanie jej rozterek, dramatów i tryumfów na ekranie wypadało niezwykle angażująco. Sam “Kontakt” z pozaziemską cywilizacją jest dla Zemeckisa pretekstem do zadania wielu pytań o postrzeganie świata. Głównym motywem jest z pewnością starcie religii i nauki, a puenta tego wątku idealnie wpisała się w mój punkt widzenia. Pod koniec filmu stwierdziłem, że nie mogę oczekiwać niczego więcej od dobrego filmu science fiction – ma ciekawą fabułę, intryga jest angażująca, a obserwowanie “kosmicznych” (raczej w metafizycznym sensie) wędrówek i psychodelicznych wizji głównej bohaterki również wypada nieźle, choć w tym przypadku efekty specjalne się nieco postarzały. Bądź co bądź jednak “Kontakt” zrobił na mnie niesamowite wrażenie.


Ocena: 9/10

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s