Notatnik Śmierci, reż. Shûsuke Kaneko

946007deathnote_movie1Chociaż „Notatnik Śmierci” jest pierwszą mangową serią, jaką przeczytałem, już teraz mogę z pewnością stwierdzić, że jestem nią zafascynowany. To świetna historia starcia dwóch (trzech, dla bardziej wtajemniczonych) wybitnych umysłów, które choć zdają się być skrajnie sobie odległe, mają ze sobą wiele wspólnego. Fabuła jest tak wciągająca, że jednego dnia kupiłem trzy tomy, by następnego mieć je wszystkie z głowy. Największą zaletą jest to, że autor przeplata postać protagonisty z charakterem antagonisty, co pozwala czytelnikowi zadecydować, którą stronę konfliktu obierze. W historii zadaje się mnóstwo pytań o prawa i traktowanie społeczności – neguje sens istnienia policji i zastanawia się, czy poziom degeneracji naszej cywilizacji jest faktycznie tak wysoki jak mogłoby się wydawać. Podczas lektury zżyłem się z postaciami, wszystko jest dobrze napisane, a rysunki fantastycznie wykonane, co sprawiło, że szczerze się w niej zakochałem.

Wyobrażam sobie, że niektórych może zrazić długość mangi. Dzieli się ona na 12 dłuższych tomów, z których na każdy trzeba poświęcić ok. 20 zł. Jest to spory wydatek, a byłoby szkoda, gdyby ta świetna opowieść tylko z tego powodu stała się dla kogoś niedostępna. Anime powstałe na podstawie komiksu może pomóc uniknąć tych kosztów, gdyż wszystkie odcinki dostępne są na YouTube. Dla mnie, jako pasjonata kina, decyzja o filmowej wersji komiksu była strzałem w dziesiątkę… jeszcze zanim dowiedziałem się, że ona naprawdę istnieje. Ciekawą rzeczą jest to, że gdy normalnie odwiedzam profile japońskich filmów na filmwebie, nazwiska reżyserów brzmią egzotycznie i raczej niewiele mi mówią. Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że za filmową wersją Notatnika Śmierci stoi Shusuke Kaneko – człowiek odpowiedzialny za klasyczną trylogię Gamery oraz, niestety, dość słaby film z Godzillą (sic!). Dawało mi to jakieś nadzieje, ale byłem dość chłodny wiedząc, że, bądź co bądź, reżyser potrafi schrzanić. Czy tak się stało?

defnout

Dla tych, którzy nie znają fabuły: opowiada ona o wybitnym licealiście Lighcie Yagamim, który pewnego dnia znajduje tajemniczy notes. Zasada jego działania opiera się na możliwości zabicia dowolnej osoby poprzez zapisanie w nim jej nazwiska. Kiedy Light (lub Raito, wierząc fanowskim tłumaczeniom anime) przekonuje się, że notes naprawdę działa, postanawia przeprowadzić czystkę na mordercach, uśmiercając każdego przestępcę, złego człowieka i kogokolwiek, kto przeszkadzałby mu w stworzeniu czegoś, co nazywa „Lepszym Światem”.

Niestety film nie wykorzystał potencjału historii. Powiem więcej – daleko mu zarówno do poziomu mangi, jak i anime. Odpowiada za to wiele czynników. Głównym problemem jest to, że twórcy nie rozumieją, co czyniło komiks i serial tak rewelacyjnym. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza – fabuła jest przedstawiona w jasny sposób, a ciąg wydarzeń jest, z grubsza, logiczny. Zastosowano tu także parę skrótów fabularnych, które na srebrnym ekranie działają po prostu lepiej. Z drugiej jednak strony ani scenarzysta Tetsuya Oshi, ani tym bardziej reżyser Kaneko nie przywiązują wagi do niezbędnych dla tej historii szczegółów. Scenariusz jest pełen małych niedociągnięć przeszkadzających w przyjemnym oglądaniu. Zachowania postaci kilkukrotnie są naprawdę nieuzasadnione. Dialogi napisano po prostu źle – w prawdzie dużo w nich niezbędnej dla kryminału ekspozycji, ale tu i tam zdarzą się solidne „perełki”, takie jak policjant, który spoglądając na model harmonogramu stwierdził, że faktycznie „wygląda mu to znajomo”. Wynika z tego, że policjant na służbie nie miał pojęcia o czymś takim jak plan zajęć. Zaiste, gdyby taka policja panowała nad bezpieczeństwem, to Lightowi bym bezapelacyjnie kibicował.

Zrzut ekranu 2014-11-18 o 20.49.16

Idealny cytat dla fanów fanfiction

Potrafiłbym to wybaczyć, gdyby wykonanie zawierało w sobie chociaż jakąś ikrę, pomysł lub fascynację, jednak tego tutaj brakuje. Błędy Kaneko nie kończą się na tych wyżej wymienionych. Jego narzucona stylistyka czasem mocno przeszkadza. Praca kamery jest denerwująca  – brak jej statyczności i wykonuje zbyt szybkie zwroty, tak jakby musiała opowiedzieć wszystko na raz. Jest ona po prostu niesubtelna. W innych przypadkach takie problemy są dość nikłe, ale tutaj to naprawdę może przeszkodzić i wybić z rytmu oglądania.

To nie jest jednak główny problem. Kaneko co prawda dość sprawnie tłumaczy nam, co się w danej chwili dzieje, ale to tylko wykładnia – ciężko się tu doszukać jakiegoś napięcia i pomysłowej konwencji. Pod tym względem obraz mnie naprawdę zawiódł, gdyż zabawa napięciem była jednym z największych atutów oryginału i pole do popisu było nieocenione. Zwrotów fabularnych w mandze można znaleźć mnóstwo, czyta się to z wypiekami na twarzy, serce co chwila skakało mi do gardła. Kolejne tomy kończyły się takimi cliffhangerami, że nie sposób było nie kupić następnego. Film, w najlepszych momentach, angażuje umiarkowanie, a wiele niewykorzystanych sytuacji powoduje, że co chwila ma się ochotę zapauzować, wołając o pomstę do nieba za brak pomysłowości. Przykładowo jest scena, w której główny bohater rozmawia z jedną z postaci, Bogiem Śmierci Ryukiem, o tajemniczych „oczach”. W anime punkt zwrotny tej rozmowy był przerażający, zarówno dla głównego bohatera, jak i dla czytelnika, Shinigami naprawdę potrafiły przestraszyć. W filmie ten moment potraktowany jest zupełnie po macoszemu i bez wagi. Jedynie końcówka wygląda lepiej na tle reszty, ale to zwyczajnie za mało, i przez większość seansu byłem znużony, co jest karygodne.

Drama-MAX-Death-Note-Movie-Light-2

Hehehe… nie.

Film dość powoli zakreśla charaktery postaci. Szczególnie widać to na przykładzie bohaterów drugo- i trzecioplanowych, które nie zdążyły nabrać go w ogóle. Skutkuje to podświadomym identyfikowaniem ich z kukłami lub manekinami. Nie mają znaczenia dla historii – znów przeciwnie niż w mandze, w której wszystkie postaci odgrywały jakąś rolę w fabule. Tutaj jednak leżą również największe zalety obrazu. Podoba mi się przede wszystkim, że Light jest naiwniejszy niż w pierwowzorze. Wyraźnie popełnia błędy i szarżuje, a biorąc pod uwagę, że film zapewnia mu tło, które jest, w porównaniu z oryginałem, dość rozsądnie wykorzystane (Light nie ma wyłącznie wielkiej idei, ale bezpośrednio konfrontuje się z bezprawiem), możemy go nawet w pewien sposób polubić. Bohater się uczy i jest coraz bardziej przebiegły, a jego idealistyczne zapędy przedstawiono dość zgrabnie. Szkoda, że w ogólnym rozrachunku nie ma on czegoś bardziej charakterystycznego, jest on dość nijaki, co może być winą aktora. Tatsuya Fujiwara cały czas chodzi z nieobecnym wyrazem twarzy, a dramatyczne momenty wyszły mu, w większości, dość teatralnie.

Najjaśniejszym punktem tego filmu jest detektyw L. Setup tej postaci mi się naprawdę podoba – już z pierwszego ujęcia możemy wyczytać cechy charakterystyczne. Jest to przede wszystkim odpowiednio solidnie przedstawiony socjopata, świetny detektyw. Co prawda, tutaj też mógłbym mieć parę zastrzeżeń, bo L nie mógł się na razie naprawdę wykazać swoimi zdolnościami, przez co nie jest to na podobną do mangi skalę, ale zważywszy na aktorstwo Ken’ichi Matsuyamy i jego prezencję na tle reszty obrazu – nie mam z nią większych problemów.

"Cooo, wolisz ten film od mangi?"

„Cooo, wolisz ten film od mangi?”

Ciężko mi jednak nie ukrywać żalu i pretensji do twórców. Jest tu co prawda parę pozytywnie wypadających zmian, ale nie mają one praktycznego wpływu na całość produkcji. W efekcie otrzymujemy dość jednolite przełożenie mangowej historii, przy której zabrakło filmowej konwencji, kreatywności, pomysłu. Całość wyszła niezbyt angażująco, do tego dochodzi jeszcze denerwujący styl reżysera i nieudolne dialogi. Nie da się nazwać tego inaczej niż „niewykorzystanym potencjałem”. Tym bardziej boję się o drugą część…

Ocena – 4/10

Reklamy

3 comments

  1. druga cześć dopina historie dlatego ten akurat tytuł trzeba oglądać jeden po drugim myślę że finalnie można dawać 5-6.5/10 :)ps.nawiasem powstało wiele aktorskich wersji anime widać w japonii panuje moda na pełny cykl czyli manga-anime-gra-film 🙂

    Polubione przez 1 osoba

      1. nawiasem patrząc tylko po adwersarzach to ta sytuacja gdy bardziej podejrzanie wyglądał nasz pozytywny bohater czyli L 😉

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s