Furia, reż. David Ayer

furyDo “Furii” podchodziłem zupełnie nijako. Nie był to bowiem film, o którym słyszałem na długo przed premierą, nie śledziłem jego produkcji, nie znałem twórcy. Moją uwagę zwracał jedynie sprytny plakat (mówię o Amerykańskim) oraz, bądź co bądź, nazwisko Brada Pitta. Nie jestem wielkim miłośnikiem filmów wojennych – widziałem jedynie te “must see”, a nawet nie wszystkie (Czas Apokalipsy nadal wzywa). Idąc więc na seans kierowałem się raczej zaproszeniem ze strony przyjaciela. Nie wiedziałem trochę czego się spodziewać. Na szczęście pozytywnie się zaskoczyłem.

„Fury” opowiada o załodze tytułowego czołgu, którego kapitanem jest Don Colier, grany przez Brada Pitta. Gromada jest zgrana, dobrze się znają, razem wiele przeżyli. Sporo jednak zmienia przymusowe dołączenie Normana Ellisona (w tej roli Logan Lerman), który nie dość, że znacząco różni się wiekiem, to jeszcze jego światopogląd, jeszcze nie wypaczony przez wojenne przeżycia, mocno kontrastuje z resztą załogi czołgu. Nie mają jednak wyjścia, i aby utrzymać profesjonalizm swoich starć muszą się zgrać.

”Furia” w pełni więc oparta jest na postaciach, które zostały zrobione wyśmienicie. Nie tylko są naprawdę gładko napisane, ale aktorzy spisują się co najmniej dobrze. Co więcej, bohaterowie nie są tacy oczywiści jakby się mogło wydawać, potrzeba trochę czasu, żeby ich naprawdę dobrze poznać. Brad Pitt w swojej roli jest dobry – nie tylko świetnie oddaje profesjonalizm oraz ogólne zdystansowanie swojej postaci, ale potrafi też rozsądnie przedstawić momenty, w których musi okazać więcej serca. Nie jest to dla niego żaden wyczyn, bo mimo iż ten bohater ma swój własny charakter, to aktor ma w swojej filmografii sporo podobnych ról.

lermanfuria

Prawdziwym odkryciem tego filmu okazał się Logan Lerman – jego występ na ekranie to praktycznie poezja. Tak naprawdę, inaczej, niż sugeruje plakat, to on jest głównym trzonem historii, można by go nazwać protagonistą. Początkowy kontrast pomiędzy nim a resztą załogi przedstawiono idealnie. Norman nie tylko jest niewierzącym w siebie młodym człowiekiem (spokojnie, zaznaczono ten aspekt naturalnie i subtelnie), ale też nigdy nie został stworzony do walki, jest on więc wielką ofiarą, nie tylko na polu bitwy, ale i sytuacja jest bardzo niesprzyjająca. Z czasem jednak Ellison, siłą rzeczy, smakuje zabijania i zmienia się. Aktor ani na chwilę nie przesadza – doskonale przedstawia zdezorientowanie głównego bohatera, i ładnie daje się ponieść przemianie, nie zapominając jednak o jego korzeniach.

Reszta postaci też jest bardzo porządna, każdy charakteryzuje się przynajmniej jedną, osobliwą cechą (oprócz Trini Garcii, on jest po prostu Meksykaninem). Dobrze wypada też Shia LeBouf w pasującej do siebie roli wrażliwego „Biblii”. Może nawet czasem za dobrze – często gdy aktor jest na ekranie miałem wrażenie, że zaraz się popłacze – Shia ma taki bardzo charakterystyczny wyraz twarzy i ułożenie oczu. Natomiast schemat, jakim podąża dzieło przedstawiając nam postacie poboczne ładnie obrazuje „Coon Ass”. Jest w tym filmie taka scena, kiedy wszyscy zbierają się przy stole, a atmosfera jest napięta. Powoduje to swoją negatywną prostotą i grubiaństwem bohater Jona Bernhalta. Wydaje nam się wtedy zniszczony – kompletnie wsiąknięty i nieopanowany w swoich dogmatach i pożądaniach, myślimy, że stał się niejako maszyną do gwałcenia i zabijania. Potem natomiast poznajemy go od zupełnie innej strony – przeprasza, bardzo szczerze, za swoje zachowanie oraz mówi dokładnie to, czego byśmy się raczej po nim nie spodziewali. W takim razie film eksploruje dość standardowy dla tej tematyki motyw zmechanizowania człowieka. W swoim przekazie pozostaje jednak pozytywny, wierząc w to, że choć żołnierze nauczyli się zabijać oraz, bądź co bądź, gwałcić, to nadal ostało się w nich dużo człowieczeństwa i ścieżka jaką obrali wynika raczej ze smutnej konieczności.

Obraz ma więc sporo naprawdę ciekawej treści. Równie wielką zaletą jest to, że opowiedziana została bardzo sprawnie – reżyseria i wszystkie technikalia sprawdzają się bardzo dobrze. Przede wszystkim film ma całkiem ciekawy klimat – nie śpieszy się i posiada własne, sprawdzające się tempo. Nie męczy ani przez chwilę – zaczyna się dość sporym uderzeniem, kończy jeszcze większym, a w środku mamy czas na lepsze poznanie bohaterów (serio, po prostu siedzą przy stoliku i rozmawiają, gdybym wszedł w połowie to bym się raczej powoli domyślał, że to film wojenny). Użyto tu chyba wyłącznie praktycznych efektów specjalnych – wszystkie wybuchy wyglądają realistycznie. „Fury” to autentyczny czołg wykupiony z muzeum. Przez cały czas czuć jego wiek i duszność. Akcja nakręcona jest bardzo ładnie, szerokokątnie, tak jak lubię. Uczepiłbym się tylko strzałów, które wyglądają jak lasery. Serio, nie wiem, czy jest to spowodowane moją niewiedzą, ale momentami czułem się, jakbym oglądał Imperium Kontratakuje. Dziwna rzecz.

Po „Furii” nie spodziewałem się wiele, a dostałem sporo. Ogląda się to bardzo dobrze, a technicznie stoi na bardzo wysokim poziomie. Główne zalety to konstrukcja scenariusza i bohaterowie – wszyscy charakterni, wyróżniający się, słowem z krwi i kości, a ten pierwszy element zapewnił, że możemy ich odpowiednio poznać. Nie jestem wielkim fanem produkcji wojennych ale mogę powiedzieć jedno: pod koniec obrazu, gdy wszystko się kończy, przyzwyczaiłem się i polubiłem wszystkie postaci, czołg stał się dla mnie pewnym rodzajem domu, czułem się jakby film zabrał mnie na solidną przejażdżkę. Z przesłaniem i dobrym uderzeniem – prawdziwy czołg.

Ocena – 7/10

Reklamy

2 comments

  1. „Uczepiłbym się tylko strzałów, które wyglądają jak lasery. Serio, nie wiem, czy jest to spowodowane moją niewiedzą, ale momentami czułem się, jakbym oglądał Imperium Kontratakuje. Dziwna rzecz.”

    Te „lasery” to pociski smugowe, rzecz w broni i wojsku typowa, choć możliwe że w filmie przesadzili odrobinę z ilością. 😉

    Polubienie

  2. Nawrócenie jednego z bohaterów dramatu miało na celu jedynie wywołanie „szybkiej sympatii” do niego. Gdy tylko usłyszałem, co mówi, wiedziałem już, że w związku z tym musi zginąć. Taki sam zabieg stosowany jest tu nie raz.
    Wyraziste postaci moim zdaniem wcale nie wyglądają, jak „z krwi i kości” (choć samej krwi w filmie akurat nie brakuje). Tak bardzo każdy musi być inny i musi mieć swoje charakterystyczne cechy wbijane nam młotkiem do głowy – a mnie takie walenie już po prostu boli. Film wykorzystuje wszystkie sztampowe i ograne triki, które mogą w filmie wojennym odbić się wzruszeniem widza. A mi odbiły się czkawką.
    Wizualnie piękne kino, ale w środku poustawiane i poukładane bez odstępstw od receptury, mdłe w smaku.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s